Część grafik może być niedostępna w przeglądarkach bez obsługi
IDN.
Szef kuchni poleca:
O mnie
People-Ready Business
Planeta !apcoh
Planeta BLUG
Część grafik może być niedostępna w przeglądarkach bez obsługi
IDN.
Szef kuchni poleca:
O mnie
People-Ready Business
Planeta !apcoh
Planeta BLUG
Przechodzenie przez odprawę dzierżąc w wyciągniętej dłoni kartę lojalnościową to umiejętność dostępna tylko na planie “Up in the air”. W rzeczywistości jest trochę inaczej, ale warto pamiętać o następujących sprawach.
Na pewno przydaje się pewność siebie i rutyna. Wypróżniając kieszenie przed bramką nie warto próbować czegoś sobie oszczędzić. Jak bramka zapiszczy, to i tak nas cofną. Do kuwetki lądują klucze, pasek, dokumenty, osobno laptop. O skrętkę czy inne kable w bagażu na pewno zostaniemy zapytani, oszczędźmy sobie kilku sekund i wyłóżmy je na widok. Podobnie z butami — czasami nie trzeba ich zdejmować, ale dla świętego spokoju róbmy to zawsze.
Krótkie wyprawy bez bagażu głównego wymuszają zabranie kosmetyków do podręcznego. Odbierając kartę pokładową można poprosić o worek na płyny, do którego wrzucamy wszystko co jest płynem (woda kolońska, płyn do soczewek) lub go przypomina (pasta do zębów).
Wybierając miejsce w klasie ekonomicznej warto wybrać jedno z kilku, które nazywam pseudobiznes — są to miejsca przy wyjściach awaryjnych. Zaletą tych miejsc jest większy odstęp od fotela z przodu, pozwalający wygodnie się rozciągnąć. Wadą — konieczność umieszczenia całego bagażu nad głową i zazwyczaj ograniczony przez skrzydła widok za oknem. Jak najbardziej do zniesienia, jeśli planujemy podróż przespać i nie potrzebujemy gmerać w plecaku.

Z uwagi na obecność wyjść awaryjnych, stewardessa może nas czasem spytać, czy wiemy jak je obsługiwać i czy mamy wystarczającą siłę. Dobrze jest w tym momencie nie odpowiedzieć ,,Wiem, robiłem to wiele razy''.
Gdy do odlotu zostało niewiele czasu, a kolejka przy check-inach się dłuży, warto podejść do kogoś z obsługi i wskazać na zbliżający się czas odlotu. Najczęściej skończy się to skierowaniem do zwykle pustego okienka klasy biznes. Można też od razu skierować tam swoje kroki, koniecznie z uśmiechem i pewnością siebie emanującą z postawy. Czasem się udaje.
Im bliżej godziny odlotu, tym bardziej trzeba czytać wszystko dookoła. Można wypatrzyć bramkę wydzieloną dla osób, którym zostało mniej niż pół godziny do odlotu.
Przy częstszych lotach warto wyrobić sobie kartę lojalnościową, np. Miles&More. Tak czy siak podróżujemy, zaoszczędźmy sobie na wakacyjny bilet dla Drugiej Połowy. Mile nabijać można też za wynajem samochodów w Hertzt.
Karta Miles&More przydaje się również przy terminalach do samoodprawy. Znaleźć je można np. na lotnisku Charlesa de Gaulle'a. Skaner paszportów/dowodów osobistych nie zawsze jest na tyle czysty, żeby działać sprawnie.
Lot z więcej niż bagażem podręcznym to zawsze dodatkowy problem — trzeba go nadać, czyli odwiedzić okienko do którego zazwyczaj ciągnie się kolejka. Czasami jest możliwość oddania walizki wcześniej, np. w gdańskim Terminalu Miasto może zrobić to na dzień przed odlotem. W USA nie zdziwmy się, jak przy nadawaniu bagażu wyciągną do nas rękę po kartę kredytową. Tam nawet walizka mieszcząca się w przedziale wagowym pozbawi nas ok. $20.
Najłatwiej oczywiście podróżować tylko z bagażem podręcznym i dokonać odprawy przez sieć, a kartę pokładową wydrukować lub otrzymać na telefon. Druga możliwość działa skutecznie gdy mamy aparat z sensownym wyświetlaczem, powyżej 3〞. W przeciwnym razie czytnik kodów kreskowych może nie odczytać obrazka.
W żadnym razie nie należy się nigdy awanturować, nawet jak Niemcy nas biją. Linie lotnicze są dość wrażliwe na tym punkcie. Lepiej spokojnie wyjaśnić sytuację.
Dzisiaj przystosowałem paczkę, którą zajmuję się w Fedorze (hdapsd) do
współpracy z systemd.
Systemd jest najnowszym podejściem do zarządzania w Linuksie procesami i usługami
na poziomie systemu, operacji cyklicznych i sesji użytkownika.
Moją paczkę od początku wyposażyłem w skrypt współpracujący z upstart,
czyli poprzednią próbą unowocześnienia tradycyjnego inita. Upstart jest stosowany
w Ubuntu od 2006 roku, w Fedorze od wersji 9, czyli od 2008. Porzucenie upstart
w F14 jest gruntowne — systemd współpracuje ze
skryptami startowymi SysV, ale zupełnie ignoruje definicje zadań z
upstart. Stąd konieczność modyfikacji.
Po kilku kwadransach czytania i modyfikowania wg.
wskazówek Lennarta stwierdzam: podoba mi się
systemd.
Program, który się zajmuje ma proste zadanie: zatrzymuje pracę dysku
twardego, gdy któryś z akcelerometrów wykryje spadek komputera. Dla każdego
z chronionych dysków hdapsd musi być uruchomiony osobno. Najlepiej
jak najszybciej, żeby objąć dyski nadzorem jak tylko pojawią się w systemie.
Do tego odrobina konfiguracji w pliku /etc/sysconfig/hdapsd.
Pierwszym elementem jest regułka wywoływana dla dysków twardych przez
udev. Informuje systemd, że dla niewymiennych dysków sda
i sdb przydałoby się uruchomić usługę hdapsd:
SUBSYSTEM=="block", KERNEL=="sd[ab]", ATTRS{removable}=="0", TAG="systemd", ENV{SYSTEMD_WANTS}="hdapsd@%k.service"
Podobną regułkę wykorzystywałem, gdy w Fedorze używany był Upstart 0.3. Wersja
0.6 nie potrzebowała regułki. Prawdopodobnie w systemd też będzie (a może już
można?) obejść się bez dodatków do udev.
Druga sprawa to definicja usługi już w systemd. Plik
/lib/systemd/system/hdapsd@.service wygląda następująco:
[Unit] Description=%I shock protection daemon [Service] EnvironmentFile=/etc/sysconfig/hdapsd StandardOutput=syslog SyslogIdentifier=%p(%I) Nice=-5 ExecStart=/usr/sbin/hdapsd -d %I $(HDAPSD_OPTIONS)
Jest tu przekierowanie standardowego wyjścia z programu do sysloga. Hdapsd
ma przełącznik -l, dzięki któremu robi to sam, ale nie każdy
program lub skrypt tak potrafi. Dzięki implementacji na poziomie inita
programiści nie muszą pisać obsługi syslog samemu.
Uruchomienie z żądanym poziomem Nice to tylko szczyt góry
lodowej możliwości regulacji. Moja dusza sysadmina szeroko się uśmiecha,
gdy czytam stronę
manuala systemd.exec, gdzie podane są wszystkie możliwe
przełączniki. A jest ich multum: katalogi, capabilities, UID, GID, ustawienia OOM,
parametry planisty I/O, klasy planisty CPU, przywiązania do procesorów itd.
Pieczę nad nimi trzyma systemd, więc skrypty startowe mogą składać się z
ustawień i nazwy binarki do uruchomienia. Do tej pory osiągnięcie takiej
kontroli wiązało się z uruchamianiem wielu pomocniczych progamów (nice,
ionice, echo > /proc/…, ulimit, setcap, chrt, su, taskset, …) a czasem wymagało
skorzystania z odpowiednich wywołań systemowych już w programie.
Pochwała należy się za dokumentację, która rzadko w linuksanych programach jest odpowiednio obszerna. Systemd opisany jest wyczerpująco, a główny autor na IRCu i poprzez kanał mailowy wyjaśnia wątpliwości.
Twój serwer, jak każdy szanujący się, spędzą większość czasu nudząc się oczekując na zakończenie operacji wejścia/wyjścia. Jak mu pomóc?
Na zakup serwera z terabajtem RAMu Cię nie stać. A szkoda, bo obsługiwałby obsceniczną liczbę setek tysięcy IOPS. Macierz SSD też pewnie przekracza limit na kredytówce. Milion operacji wejścia/wyjścia na sekundę — fun! Developerzy linuksa już usuwają wąskie gardła przy współpracy z F5100.
No to z ciężkim sercem decydujemy się tylko na ,,przyspieszenie''
podsystemu dyskowego używając SSD. Tylko co tam wtrynić… jeśli używasz programowego RAID,
możesz przejrzeć man mdadm i nauczyć się o write intent
bitmap. Który to wib dobrze będzie się czuł na SSD.
Ale to wciąż mało, mało i niewiele daje. OK, spójrzmy trochę wyżej na system plików. Jeśli posadowiłeś dane na ext3/4, XFS to super. Możesz wynieść journal na zewnętrzne urządzenie. Twoja baza danych wesoło zareaguje zwiększeniem ilości możliwych zapisów na sekundę z 200÷300 (HDD) do 10 tysięcy (sprawdzić, czy SSD Intela). Jeśli masz JFS to również możesz zeksternalizować dziennik. Ale mając JFS na produkcji powinieneś bać się $DEITY.
Oczywiście niebycie pingwiniarzem zaprocentowało. Używając
ZFS dostępnego w FreeBSD i Solarisie już dawno zastosowałeś dyrektywę log.
Obecnie Twój ZIL podkręca licznik zużycia komórek SSD, a Ty czytasz ten wpis
celem pośmiania się z przyjaciół drobiu arktycznego.
Załatwiliśmy zapisy, ale wciąż nie wszystko mieści się w buforze i odczyt czeka na odpowiednie położenie mechanicznej głowicy i talerza. Bo za złotówkę można dostać 2,3 GiB talerza w dysku. RAM jako bufor to tylko 0,008 GiB / PLN. SSD gdzieś pośrodku, ze jednego złocisza — jedna dziesiąta GB.
Odczytom pomóżmy jakąś pamięcią podręczną. ZFSowcy ponownie robią zieeeew, bo L2ARC od lat czyni im cuda z wydajnością. Podobnie podśmiewają się (wszyscy dwaj) użytkownicy DragonflyBSD. Tam swapcache załatwia brudną robotę.
Za to w linuksie dostępny jest pierdyliard rozwiązań, z których każde kuleje na inną nóżkę. I gotowe będzie za pół roku. Gimnastykować się można z FS-Cache i udawać, że wcale nie działa tylko z NFS, AFS i iso9660. Bo ma potencjał.
Potencjał ma też dm-cache. Działa na tylko sprawnie, że Facebook po drobnych przeróbkach i przemianowaniu na flashcache stosuje go produkcyjnie.
Można poczuć się jak saper i wypróbować bcache. Autor będzie wdzięczny za pomoc w ustabilizowaniu rozwiązania. Klienci za wysłanie ich danych w kosmos trochę mniej.
Obiecująco wyglądało dm-hstore. Heinz jednak zajął się innymi, bardziej pasjonującymi zabawkami i odłożył swoje dzieło na półkę. Wyraźniejszy jest cleancache, który teoretycznie może być zastosowany z SSD jako zapleczem.
Pozostaje mieć nadzieję, że Josef po zakończeniu walki z O_DIRECT zajmie
się trzymania drzewa intencji btrfs na zewnętrznym
urządzeniu. A potem dorobi drugi poziom cache w podobny sposób.
Może za pół roku.
W czasie jak nie uważałem, zrobienie rozkładania ruchu na różne łącza w Linuksie stało się trywialnie proste. Najprostszy load balancing z preferencją jednego dostawcy zapewnie polecenie:
ip route add default scope global \
nexthop via 192.168.6.1 dev netia weight 1 \
nexthop via 192.168.1.1 dev tpsa weight 2
I tyle wystarcza. Upewnić się można sprawdzając ip route show cache. A kiedyś trzeba było kombinować z jakimś policy routing i inne czary.
Używalność* to cecha rzeczy, interfejsów i programów objawiająca się naturalnością ich używania. Bez wysiłku i konieczności nauki. Taka intuicyjność nie bierze się z powietrza — wynika z nawiązania do utrwalonych u użytkownika wzorców. Łatwiej to zrozumieć poznawszy kilka zasad.
* zdecydowanie wolę tłumaczenie angielskiego usability jako używalność; o wiele lepiej oddaje sens — łatwość używania — niż promowany gdzieniegdzie termin użyteczność. Ten drugi jawi mi się jako wynikający z obecności rozmaitych funkcji i bliższy angielskiemu usable.
Najsilniejszym wykorzystaniem wzorców jest nawiązanie do zakorzenionego w kulturze kierunku czytania i pisania. My robimy to od lewej do prawej. Gdy czytamy książkę, fabuła rozwija się na stronach po prawej. Liczby zwyczajowo są tym większe, im dalej w prawo znajdują się na osi liczbowej.

Odbicie tych zasad widać w kolejności przycisków w oknach dialogowych. Potwierdzenia (,,OK''), zatwierdzenia akcji posuwających interakcję z programem znajdują się z prawej strony. Im dalej w lewo, tym mniej stanowcze jest potwierdzenie czynności, do cofnięcia włącznie.
Identycznie wygląda to w kulturach piszących od prawej do lewej:

Po zmianie ustawień językowych to samo okno dialogowe wygląda jak lustrzane odbicie. Po ikonach widać odwzorowanie akcji z poprzedniego dialogu. Nawet nie znając języka, ale mając w pamięci zasadę zgodności z kierunkiem pisania, można pracować z programem. Wiadomo, że w przypadku konieczności potwierdzenie można na ślepo używać skrajnie lewego przycisku — tam na pewno będzie potwierdzenie.
W temacie przycisków, dużo daje odpowiednie ich nazywanie. Należy pamiętać, że użytkownicy nie czytają, choćby zależało od tego ich życie.
Krótkie komunikaty jeszcze jakoś zauważają, ale już okna dialogowe z przekazami dłuższymi niż 5÷6 znaków wywołują odruchowe tl;dr. Dlatego ważne, żeby przyciski nazwane były zgodnie z powodowaną akcją. Czyli ,,Zapisz'', ,,Porzuć zmiany'', a nie ,,OK'' i ,,Anuluj'' przyozdobione długim zdaniem pytającym, czy utracić modyfikację.
Nie informować o rzeczach oczywistych, nie kazać czytać zbyt długich instrukcji, nie wymagać kilku potwierdzeń tego samego. Mniej pracy, a wrażenia odbiorców programu o wiele lepsze.
Zwiększaniu używalności trzeba czasem powiedzieć stop.

Przykładowo, pojemniki do przechowywania szkieł kontaktowych — dwie komory z oznaczeniami ,,L'' i ,,R'' dla lewego i prawego oka. ,,Prawy'' oznaczony jest dodatkowo kolorem. Dlaczego? Przed założeniem kontaktów mogą być problemy z odczytaniem liter, natomiast rozpoznanie obecności koloru jest o wiele łatwiejsze.
Można pójść dalej i zróżnicować kształt zakrętek, np. jedna okrągła, druga ośmiokątna. I chociaż dałoby to trzeci sposób rozróżnienia komór, to jest to pójście zbyt daleko. Jeśli ktoś w ogóle nie widzi, to soczewki kontaktowe na nic mu się nie przydadzą.
(jednym z moich ulubionych przykładów niemyślenia o odbiorcy jest panel alarmowy, z napisem w alfabecie Braille'a. Wersja dla niewidzących brzmi tak samo, jak napisane powyżej dla wszystkich — ,,w razie zagrożenia wciśnij czerwony przycisk'').
Częstym błędem jest różne traktowanie takich samych elementów interfejsu. Weźmy taką stronę Banku Zmniejszającego Oprocentowanie:

Na stronie jest kilka elementów pełniących funkcję nagłówka — składają się ze strzałki i tekstu. Prawie wszystkie są ozdobnikami, odnośnik do właściwego tekstu znajduje się poniżej. No właśnie, prawie. Najważniejszy element strony, nagłówek ,,↘Logowanie'' sam jest łączem, a pod spodem znajdują się odnośnik do strony o bezpieczeństwie. Harmonia korzystania jest zaburzona. Notorycznie zamiast wybierać stronę logowania trafiam na informację o zabezpieczeniach. W przypadku pozostałych nagłówków, aby dostać się do opisywanych przez nie danych trzeba kliknąć poniżej.
Spójność jest najważniejsza. Elementy wyglądające tak samo powinny zachowywać się tak samo.
Trochę przykro patrzy się na tę degrengoladę. Objawy są delikatne, ale z perspektywy schyłku pierwszej dekady XXI wieku niepokojące. Pod koniec ubiegłegu wieku trendy było mieć bloga. Pisać długie teksty, dzielić się przmyśleniami, opisywać świat. Miliony amatorów grafomanów przestały pisać do szuflady, wypełniając internet tekstem.
Niedługo potem “strony domowe dla mas” zaoferował MySpace. Możliwość dekorowania kawałka internetu po swojemu, obsługa prostsza niż Geocities czy innych hostingów, przyciągnęły użytkowników ćwierci miliarda kont.
Na chwilę przed startem MySpace padła na pysk idea TabletPC. W założeniu bardzo sensowna, wręcz rewolucyjna. Zmniejszyć przenośny komputer o połowę &mdash wyciąć klawiaturę, połączyć wejście z wyjściem i interakcję z użytkownikiem prowadzić wprost na ekranie. Dlaczego dekadę temu się nie udało?
Wejście. Nie przyjął się komputer, na którym wpisywanie tekstów dłuższych niż pojedyńcze zdania było nieprzyjemne i powolne. Świat nie był gotowy na wyzbycie się możliwości wyrażania siebie. Kto jest na tyle szalony, żeby kilkustronicowe wpisy wklepywać na ergonomicznym odpowiedniku klawiatury telefonu…
Wróćmy do 2010, ostatniego roku pierwszej dekady. Coś się stało. Format TabletPC nagle wraca. Znikąd pojawiają się tablet MSI, Lenovo IdeaPad U1, HP Slate i inne JooJoo. I nie mają klawiatur. Ale korzystanie z internetu wygląda teraz inaczej, niż parę lat temu.
Personalizacja z MySpace jest zbyt skomplikowana dla typowego użytownika. Teraz wystarcza jedyny słuszny układ profilu na Facebooku. Nikt nie chce kolorować tła, wystarcza wrzucenie nieobrobionego zdjęcia i kilku słów statusu.
Bo czy ktoś jeszcze lubi dużo pisać? Blognotki są passe. Twitter wykazał, że ludziom do wyrażania się wystarczy 160 znaków. A może nie tyle wystarcza, co zanika umiejętność konstruowania dłuższych wypowiedzi. Już nie ma po co tworzyć, wystarczy kilka słów i ewentualny repost. Do perfekcji doprowadził to Soup.io. Tam już nawet nie trzeba repostować, można wejść na Soup (nomem omen) TV i korzystać z internetu całkowicie biernie.
Jakkolwiek pomysły na zapobieganie przeciążeniom łącza z TCP ocierają się o sztukę, to zawężenie interakcji z internetem tylko do wysyłania pakietów z flagą ack… czy to jest kierunek zmian? Czy za kilka lat korzystanie z sieci ograniczy się do do klikania Next na serwisach pokroju ChatRoulette, a korzystać z klawiatury będą umiały tylko dinozaury?
Linuksowa implementacja RAID, zwana md, nie bez powodu
określana jest jako elastyczna. Zmiany poczynione w ciągu
ostatnich kilku lat pozwalają np. powiększać RAID5 czy 6 o dodatkowe dyski,
zmieniać poziomy nadmiarowości czy parametry macierzy. To wszystko ,,w locie''
i z kontynuacją w przypadku restartu komputera.
W ramach ćwiczeń postanowiłem zmienić parametr chunk size na
bardziej współczesny. Od jakiegoś czasu wartością domniemaną przy tworzeniu
macierzy jest 512KiB, mój domowy storage utworzony został jeszcze z 64KiB:
# ./mdadm -Q --detail /dev/md127
/dev/md127:
Raid Level : raid5
Array Size : 2930287488 (2794.54 GiB 3000.61 GB)
State : clean
Layout : left-symmetric
Chunk Size : 64K
W zasadzie wystarcza jedna komenda:
Uh oh. Pierwsza przeszkodza. Faktycznie, wielkość macierzy jest o ćwierć nowego# mdadm --grow /dev/md127 --chunk=512 --backup-file=/boot/raid-grow-temp mdadm: component size 976762496K is not a multiple of chunksize 512K
chunk size
za duża &mdash 1907739,25. Potrzeba zmniejszyć RAID do 1907739*512 = 976762368.
Aby zmniejszyć urządzenie, bezpieczniej jest najpierw zmniejszyć zawarty na
nim system plików. U mnie jest to ext4.
Wielkość bloku w tym przypadku to 4KiB. Dla pewności: 732571743 * 4KiB = 2930286972, czyli wielkość w bajtach mniej-więcej odpowiadająca wiekości macierzy. RAID muszę zmniejszyć o 128KiB, ale system plików dla pewności zmniejszę o 2 mebibajty, czyli o 512 bloków, do wielkości 732 571 231.# resize2fs /dev/dm-0 resize2fs 1.41.9 (22-Aug-2009) The filesystem is already 732571743 blocks long. Nothing to do!
Stop. Przeszkoda nr 2. Ext4 nie da się zmniejszyć w trakcie pracy. Trzeba się pożegnać z wizją przeprowadzenia całej operacji na działającycm systemie i uruchomić komputer z Live USB. Następnie:# resize2fs -p -S 512 /dev/dm-0 732571231 resize2fs 1.41.9 (22-Aug-2009) Filesystem at /dev/dm-0 is mounted on /; on-line resizing required On-line shrinking from 732571743 to 732571231 not supported.
# resize2fs -p -S 512 /dev/mapper/mth 732571231 Resizing the filesystem on /dev/mapper/mth to 732571231 (4k) blocks. Begin pass 2 (max = 201) Relocating blocks XXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX Begin pass 2 (max = 22357) Scanning inode table XXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX The filesystem on /dev/mapper/mth is now 732571231 blocks long.
Teraz jeszcze restart z powrotem do właściwego systemu i można wrócić do operacji na macierzy:
Wykonanie polecania szybko się kończy. Jedyny ślad w logach:# mdadm --grow /dev/md127 --size 976762368
Krok kolejny, druga próba zmiany parametru:md127: detected capacity change from 3000614387712 to 3000613994496
# mdadm --grow /dev/md127 --chunk=512 --backup-file=/boot/raid-grow-temp # dmesg | tail md: reshape of RAID array md127 md: minimum _guaranteed_ speed: 200000 KB/sec/disk. md: using maximum available idle IO bandwidth (but not more than 200000 KB/sec) for reshape. md: using 128k window, over a total of 976762368 blocks.Czyli zaczęło się. Postęp operacji widać w
/proc/mdstat,
/sys/class/block/md127/, można też sprawdzić poleceniem mdadm.
# cat /proc/mdstat
Personalities : [raid6] [raid5] [raid4]
md127 : active raid5 sda[0] sdb[3] sde[2] sdc[1]
2930287104 blocks super 0.91 level 5, 64k chunk, algorithm 2 [4/4] [UUUU]
[>....................] reshape = 0.0% (90112/976762368) finish=4334.6min speed=3754K/sec
# mdadm -Q --detail /dev/md127
/dev/md127:
Raid Level : raid5
Array Size : 2930287104 (2794.54 GiB 3000.61 GB)
Update Time : Mon Jan 11 17:11:50 2010
State : clean, recovering
Layout : left-symmetric
Chunk Size : 64K
Reshape Status : 19% complete
New Chunksize : 512K
Mijają trzy dni… A tak naprawdę to ponad pięć, zanim w logach
pojawi się napis md: md127: reshape done. Nowy stan rzeczy:
# cat /proc/mdstat
Personalities : [raid6] [raid5] [raid4]
md127 : active raid5 sda[0] sdb[3] sde[2] sdc[1]
2930287104 blocks level 5, 512k chunk, algorithm 2 [4/4] [UUUU]
Tak więc zmiana parametrów linuksowego soft-raid jest jak najbardziej wykonalna.
Ekwilibrystyka wymagana jest w przypadku niedopasowania pierwotnych parametrów
do tego co chcemy osiągnąć, co pociąga za sobą konieczność manipulacji systemem
plików. Za kilka lat wszystkie te aspekty obejmie btrfs i w
obsłudze będzie równie prosty co powstały na początku tego wieku ZFS.
Mimo trochę większych możliwości, jak np. ustalenia poziomu RAID dla każdego
pliku z osobna.
Najeździwszy się samochodem trzeba go zatankować. Wszystkie stacje benzynowe, które napotkałem, były samoobsługowe. Włożyć kartę, wpisać swój kod pocztowy celem autoryzacji, zatankować. Oczywiście mój europejski kod i AMEX działać nie chciały — tu przydał się kasjer, u którego można zrobić przedpłatę. Do kwoty $20 nawet nie wymagał podpisu.
W ogóle posługiwanie się kartą wydało mi się w Stanach utrudnione. U nas wypłata z bankomatu jest prosta: karta, PIN, kwota, potwierdzenie. Za oceanem zaskoczony byłem pytaniami o rodzaj karty (debetowa, kredytowa) i z jakiego typu rachunku mają zostać pobrane środki. Również przy płaceniu w sklepie terminal płatniczy domagał się podania rodzaju karty.
Swoją drogą wszędzie królowały czytniki pasków magnetycznych z kart. Nigdzie nie skorzystano z chipa. Rażąco odbiega to od sytuacji w Europie. Gdy w Portsmouth płaciłem kartą bez chipa, skonfudowana kelnerka wzywała swoją kierowniczkę, która po chwili odświeżania wspomnień pokazała jej do czego jest ta szczelina w terminalu (i już za trzecią próbą przesunęła kartę właściwą stroną). O obecnych u nas terminalach zbliżeniowych w USA nie ma co marzyć.
Stany gonią już powoli cywilizację w kwestii rozliczeń elektronicznych. Z poznanych osób tylko jedna odbierała tygodniówkę w gotówce, pozostali preferowali przelewy na konto. Nie zauważyłem, żeby ktoś korzystał z czeków, może w końcu odchodzą do lamusa.
Wciąż jednak w obrocie jest dużo papierowej gotówki. Odniosłem wręcz wrażenie, że kasjerzy lubują się w wydawaniu reszty w jednodolarowych banknotach. Gdy już raz udało mi się wszystkie $1 wydać na obiad, zakręciłem się na wielopoziomowym węźle z Miami i zjechałem z autostrady. Powrót wymagał przejechania przez bramkę i zapłacenia $1,25. Dałem dziesiątkę i ćwiartkę, otrzymałem z powrotem 9 (!) starannie odliczonych banknotów…
Zakończyło się głosowanie na nazwę dla Fedory 13. Zwyciężył Goddard, od pioniera techniki rakietowej.
Mój typ — Manfredi, który brzmi bardzo bad ass, jak włoski mafiozo — był dopiero siódmy. Na Wiki dostępna jest historia nazw kodowych Fedory.
Przyjrzałem się ostatnio revdnsom komputerów, z których odwiedzają mnie czytelnicy. W większości brak niespodzianek: przeważają adresy z domen związanych z polskim oddziałem France Telecom, Chello i Netią. Duże rozdrobnienie mniejszych dostawców triple-play, czasem nazwa zdradza miasto pochodzenia. Silna reprezentacja Vectranet, różne hosty z domen:
Skusiłem się ostatnio na mazowieckie piwo miodowe. I żałuję, bardzo żałuję. Może trafiłem na kiepski egzemplarz, chociaż sprzedawca zapewniał, że kapslowane było trzy dni wcześniej. Z bólem wylałem zawartość, a butelkę wyrzuciłem szybko nawet nie sprawdzając producenta.
W tej kategorii proawdzi u mnie wciąż Ciechan Miodowy. Mętny, aromatyczny i przepyszny.
Zachęcony komentarzami pod
poprzednim wpisem przymierzyłem się do aktualizacji systemu yumem.
Dotąd przeskoków wersji dokonywałem z anacondą, uruchamianą z netinstall
bądź preupgrade.
Przewodnik
po aktualizacji yumem mówi not recommended, ale działa. Obejrzałem
jaki initramfs generuje dracut, który
w F12 zastąpił wysłużony mkinitrd. Całkiem przyjemny: dostępny jest
shell ratunkowy, dużo rzeczy uruchamianych jest jako regułki udev.
Po analizie wywołań mdadm doszedłem do wniosku, że nie powinno być
problemów z moimi dyskami. I nie było. Musiałem tylko zgrać oznaczenia rootfs
w linii poleceń jądra i /etc/fstab. Ostatecznie użyłem wszędzie LABEL="…" (przepisywanie UUIDów jest not fun).
To był ostatni taki rawhide. Sześć lat po wydaniu pierwszej wersji Fedora Linux, wtedy jeszcze z “Core” w nazwie, podejście do wersji rozwojowej zmienia się na bardziej debianowe. Zgodnie z założeniem No Frozen Rawhide, wersja rozwojowa nie będzie blokowana. Do tej pory przed każdym wydaniem wersji stabilnej, rozwojowa była spowalniana, dopuszczane były tylko poprawki błędów. Z tak zmrożonego archiwum wydzielane było wydanie X Fedory, jednocześnie z wypuszczeniem dziesiątek aktualizacji zbudowanych w trakcie zamrożenia.
Od tego cyklu rawhide będzie pędziło zawsze do przodu. Stabilizacja do następnego wydania będzie miała miejsce w osobnej gałęzi. Będzie się więc odbywała równolegle z pracami nad wersją rozwojową, nie na zmianę.
Znikną obrazy instalacyjne wersji rozwojowej. Stanie się ona tylko repozytorium pakietów. Instalacja rawhide będzie polegała na instalacji wersji stabilnej i aktualizacji pakietów z drzewa rozwojowego. To zastosowanie na mniejszą skalę modelu z Debiana, gdzie równolegle dostępne są gałęzie Stabilna, Testowa i Niestabilna, a na odważnych czeka repozytorium Eksperymentalne.
Próba aktualizacji mojego ostatniego systemu z Fedory 11 na 12 skończyła się niepowodzeniem. Krótka konsultacja z developerami zostawiła mnie z perspektywą czekania linuksianego pół roku.
Konfigurację dyskową w rzeczonym komputerze mam w miarę prostą.
sda1 to /boot. Pozostałe dyski,
sd{b,c,d,e} spina programowy raid5, zaszyfrowany z użyciem LUKS.
Na szczycie jest ext4 zawierający cały /.
Problem wynika z tego, że dyski raidowe nie zawierają partycji. Co nie podoba się instalatorowi Fedory (anacondzie). Jak to zwykle w takich wypadkach następna wersja już powinna działać:
<dlehman> zdzichuBG: we do not support the use of unpartitioned/raw disks in anaconda. I'm currently working on it for F13.
Zostaje mi: a) czekanie na F13; b) aktualizacja żywego systemu z uzyciem
yum; c) hackowanie anacondy.
Osoby zainteresowane postępem w naprawie mogą śledzić stan błędu 489991.
Po podróży trzema samolotami wsiadłem w samochód i ruszyłem w kraj, w którym powstały filmy drogi. Nic dziwnego — po Stanach Zjednoczonych Ameryki poruszać się inaczej niż samochodem jest ciężko. Zaś siedzenie za kierownicą to czysta przyjemność.
Doświadczenia z Florydy pokazują, że większość dróg jest kilkupasmowa. Nawet te podrzędne. Dodatkowo, przy skrzyżowaniach niemal obowiązkowe są pasy do skrętu w lewo i w prawo. Ruch jest wyjątkowo płynny. Raz, ograniczenia prędkości nie są tak dotkliwe jak w Polsce. Zazwyczaj trochę ponad 70 km/h w mieście. I wszyscy tyle jadą. Dwa, gdy światła zmieniają się na zielone, cała kolumna samochodów jak stała, tak równo rusza. Powód prosty: niemal wszystkie samochody tutaj mają automatyczną skrzynię biegów. Po zwolnieniu hamulca samochód od razu powoli rusza. Nie ma nikogo, kto zamiast wystartować zmienia biegi.
Światłami nie trzeba się przejmować skręcając w prawo. Tak, jakby na wszystkich skrzyżowaniach były polskie zielone strzałki. W wyjątkowych wypadkach pojawia się napis zakazujący takiego manewru. Ale naprawdę rzadko. No i właśnie, napis. Większość znaków na Florydzie ma formę napisu, nie piktogramu. Czasem nawet zabawnego, jak seria znaków “patience”, “pays”, “passing zone”, “in 1 mile” przed dodatkowym pasem do wyprzedzania na wyjątkowo wąskim odcinku drogi. Przydatne są też informacje, że następne światła to skrzyżowanie z np. Yamato Road.
Światłami nie trzeba się również przejmować po wjechaniu na autostradę. A tych jest sporo do wyboru. Sam zestaw międzystanówek ma 75 tys. km, a oprócz nich mnóstwo innych w podobnym standardzie. Nie każda ma 5 pasów, ale praktycznie po każdej jedzie się wygodnie. Nie za szybko, w zależności od stanu dozwolona prędkość to 105÷120 km/h, ale wszyscy się tej prędkości trzymają. Przekraczających zaraz wychwytują radiowozy. Samochody jadą więc równo i można zaplanować wycieczkę. Mając do przejechania 300 mil można bezpiecznie założyć, że do celu dotrzemy równo cztery godziny po wjechaniu na autostradę. Bardzo przydaje się wtedy tempomat w samochodzie.
Wspomniany radiowóz widać z daleka z powodu ferii świateł, jakimi się mieni. Kilkukolorowe koguty na dachu, za tylną szybą, migające światła drogowe nie pozwolą przeoczyć takiego pojazdu. Zresztą strobosygnalizacja jest w Stanach bardzo popularna. Autobusy szkolne mrugają na pomarańczowo. Śmieciarki i pojazdy budowlane na biało. Drogi w przeważającej większości wyposażone są w odblaskowe elementy. Nawet w trakcie remontu nawierzchni tymczasowe, żółte pasy uzupełnione są odblaskami.
Ostatnie spotkanie z Piotrem dało bardzo pozytywnego kopa nastrojowego. Lubię przekazywać wiedzę. Fajnie jest przy okazji zebrać do kupy i uporządkować to, co wiem. Chciałbym tak częściej. Najlepiej do większej widowni.
Pomysł doktoratu opuścił mnie już na dobre, więc wykładać mogę głównie w ramach grup zainteresowań. Na szczęście są takie. Jak tylko będę przez dłuższy czas na miejscu, mam zamiar wystąpić parę razy przed trójmiejskimi linuksiarzami. Co najmniej powtórzę pogadankę o wirtualizacji oraz mój BLUGowy wykład o DTrace. W zanadrzu czeka też przegląd mechanizmów z systemów operacyjnych z naciskiem na Linuksa. Np. co, jak i dlaczego z I/O schedulerem.
Ludzie naprawdę nie wiedzą o rzeczach, które mi wydają się oczywiste. Chciałbym uzupełnić ich braki. Information wants to be free!
Z racji posiadania przez każde z urządzeń funkcji telefonu, większość z nich można nabyć od operatorów komórkowych. Ma to dwa plusy: niska ceną (kilkaset złotych) i abonament w zestawie. Osobno, cena sklepowa takiego n900 to 2 499 zł, a i tak trzeba jeszcze wykupić plan taryfowy, żeby sensownie z gadżetu korzystać.
Im dłużej uzywam e-BOK Plus GSM, tym bardziej mam wrażenie, że projektował go zagorzały wróg ergonomii.
Mój wykładowca od Handlu w Internecie podkreślał, że jeśli przeważająca większość robi daną rzecz w jakiś sposób, to należy zrobić tak samo. Żeby nie działać wbrew nawykom klientów. Przykładowo, jeśli większość menu nawigacyjne umieszcza na górze i po lewej stronie, to też należy tak zrobić. e-BOK PlusGSM ma menu po prawej stronie…
Prawdziwy opad szczęki zaliczyłem w tym tygodniu. Po kolei. Do zalogowania się potrzebny jest numer telefonu i kod. Opis pod pola do wpisywania głosi:
Pluskod lub hasło do rachunku elektronicznego dla klientów abonamentowych, albo ostatnie 4 cyfry kodu PUK dla użytkowników prepaid.Po zmianie przeglądarki nie mam zapamiętanego kodu, więc wygrzebałem z papierów czterocyfrowy numerek z opisem Pluskod4. Uwierzytelnienie, hasło jednorazowe z SMSa i… nie ma nigdzie opcji Rachunku Elektronicznego. Nie ma tam, gdzie pamiętam. Przeklikałem inne opcje &mdash również brak. No to do pomocy. Tam piszą, że menu powinno wyglądać tak:
![[rachunek
elektroniczny]](http://www.plus.pl/images/inne/rightnow/FAQ/2763/2.jpg)
Natomiast u mnie wygląda zgoła biedniej:
![[ebok u mnie #1]](http://dżogstaff.pipebreaker.pl/2009.09.08-ebok1.png)
Rozmowa z biurem obsługi też dużo nie dała. Konsultant zapytał mnie o kod — nie miałem pod ręką, więc uwierzytelnił innymi danymi. Potem poklikał i powiedział, że u siebie widzi tą opcję. Hm, wcześniej testowałem 3 różne przeglądarki (na 2 różnych silnikach), po rozmowie sprawdziłem czwartą na jeszcze innym silniku i bez efektu.
Coś mnie jednak tknęło. Konsultant zapytał o pięciocyfrowy kod autoryzacyjny. Dalsze grzebanie w papierach dało wynik w postaci ciągu cyfr o żądanej długości, przewrotnie nazwanego Pluskod5. Lekko podejrzliwy wpisałem w oknie logowania numer telefonu i dłuższy kod. Po chwili telefon zawibrował otrzymawszy SMSa z hasłem jednorazowym. Udało się zalogować. Wszedłem w znane menu, które teraz wyglądało trochę inaczej:
![[ebok u mnie #2]](http://dżogstaff.pipebreaker.pl/2009.09.08-ebok2.png)
Podsumowując: e-BOK PlusGSM pozwala logować się na jedno konto przy użyciu różnych haseł. W zależności od użytego hasła dostępne są różne opcje w menu. Ma to jakiś sens, ale come on! Konto jest jedno, tylko jedno hasło powinno pasować. Konsultant na infolinii nie zająknął się o możliwości uzyskania dostępu innym hasłem. Może nawet o tym nie wiedział?
Dodać jeszcze nie dochodzące SMSy o nowych rachunkach, faktury wystawiane na miesiąc przed dokonaniem ujętych na nich rozmów, brak powiadomienia o zmianach w regulaminie i już wiem, że z Plusem pożegnam się w dniu pojawienia się n900 u Ery.
Ziarno zasiał krótki film na youtube, nagrany prawdopodobnie komórką. To w nim padają słowa o urywaniu od internetu i byciu hardcorem.
Potem poszło jak to w internecie... od pierwszych, nieporadnych grafik, przez składanek w stylu comixed.com, aż do kolaży a'la GTA. Można również kupić koszulkę z odpowiednim motywem.
Informacja, że Bagiński zrobi film o powstaniu warszawskim z hardkorem zaowocowała nawiązaniami do memu w komiksach:
Z rzeczy dziwnych, ktoś pokusił się nawet o napisanie gierki w Java SE, a na serwisach aukcyjnych prawdziwy hardkor może nabyć certyfikat.
Od kilkunastu tygodni obserwuję postępujący upadek jakości usług oferowanych przez Google. I to tych podstawowych, z których firma zbudowała swoją potęgę.
Najpierw Groups zaśmiecone zostały wynikami indeksowania forów internetowych. Dokopanie się do postów z Usenetu graniczy teraz z cudem. Nigdzie nie widzę ustawienia, które przywracałoby działanie GG do normy.
Potem zauważyłem, że w wynikach wyszukiwania haseł typu ,,cokolwiek wiki'' polska Wikipedia zaczyna być pokazywania przed angielską wersją. Uporczywie klikam
przy jednych i
przy drugich, ale G jeszcze nie nauczyło się pokazywania odnośników do en.wikipedia.org przed .pl.
Kolejny zawód spotkał mnie po wejściu na News. Wybór oryginalnych artykułów zastąpiony został ich polskimi tłumaczeniami, zazwyczaj spóźnionymi o tydzień. Tutaj na szczęście na dole strony znajduje się odnośnik do wersji angielskiej.
Wygląda na to, że wielkie G zamienia się w wielkie g*. Jeśli tylko MS Bing zrobi się taki wspaniały jak to pokazują w reklamach, faktycznie może zagrozić ,,internetowi'' z Montain View.
Neuromancer
Williama Gibsona zaczyna się zdaniem The sky above the port was the color of television, tuned to a dead channel.
W czasach powstania książki było to równoznaczne z szarym szumem, wprowadzało od pierwszego wersu w posępny klimat. Dzisiaj nienastrojony odbiornik cyfrowy wyświetla najczęściej planszę intensywnie niebieską. Dla osoby nie wychowanej przy analogowej TV pierwszym skojarzeniem będzie słoneczny, bezchmurny dzień.
Brak pewnej cześci historii powoduje u młodych ludzi problemy z interpretacją przestarzałych metafor. Starsi widzą w używanej jeszcze ikonie Zapisz dyskietkę. Dla młodych najbliższym skojarzeniem jest karta pamięci SD!
.Najdziwniejsze WiFi do tej pory pożyczałem kwitnąc w hali przylotów na lotnisku. Pojawiało się co 30 minut, dało się z niego korzystać przez kwadrans. Po każdym połączeniu wymagało tylko kliknięciu w przeglądarce ,,I accept terms of service'', gdyż strony ładowane były przez przezroczyste proxy (przy okazji cenzurujące część stron).
Gościnny SSID to Greenline, a dostępność pokrywała się z czasami przyjazdów autobusów nr 757 linii o takiej samej nazwie. Łączność znikała, gdy autobus ruszał z parkingu.
Jakie było najbardziej nietypowe źródło, z którego pożyczaliście wifi?
Posiadanie GPSa w samochodzie to fajna sprawa. Może się nie podobać kabel zasilający idący od urządzenia do gniazda zapalniczki, ale niewiele pracy wymaga umieszczenie go pod plastikiem kokpitu. Gorzej, jak chcemy nawigacji używać w drugim samochodzie. Albo praca na baterii, albo wyciąganie pieczołowicie schowanego kabla.
Najprościej zakupić drugi przewód zasilający. Na allegro.pl łatwo znaleźć. W cenie 90 PLN za kawałek przewodu, który z jednej strony ma wtyczkę zapalniczki, a z drugiej mini USB. Wyboru nie ma, a prawie każda aukcja zaczyna się informacją, że mamy do czynienia z autoryzowanym dystrybutorem Garmina.
Zmieniający zapytanie na ,,ładowarka samochodowa USB'' dostajemy o wiele ciekawszy zestaw wyników. Już za kilka złotych można dostać pasujący przewód. Pozornie pasujący. Po podłączeniu GPS przełącza się w tryb połączenia z komputerem i nie daje możliwości nawigacji. Do zasilania musi być oryginalny przewód. Dostępny tylko u dystrybutora. Vendor lock-in!
Gniazdko niby mini USB, a jednak przewód musi być specjalny. Szczegóły wyjaśnił mi Sammael przy piwku z okazji Infoshare 2009. Otóż niektóre urządzenia potrzebują dodatkowych połączeń między pinami USB. Dalsze poszukiwania ujawniły, że Garmin nüvi potrzebuje rezystora lub zwarcia pinów 4 i 5.
Wlutowanie opornika między żyły kabla uniwersalnego trwa krócej niż wyciągnięcie starannie schowanego pod kokpitem oryginalnego przewodu. I rzeczywiście, po takiej modyfikacji urządzenie działa w samochodzie z przewodem zasilającym bez logo producenta. Logo i opornik zwiększają cenę kilkukrotnie.
W zeszłym tygodniu, po półtora roku używania pożegnałem dystrybucję Foresight Linux. Mimo, że dobrze się zapowiadała, nie przypadła mi do gustu.
Największą zaletą FL miało być zarządzanie pakietami przez
Conary.
Odskocznia od wszechobecnych dpkg i RPM obiecuje integrację
pakietów z systemem śledzenia wersji. W każdej chwili możliwy
powrót do wcześniejszej wersji paczki lub jej fragmentu. Aktualizacje
mają być szybkie i pobierać z repozytoriów
tylko pliki zmienione pomiędzy wersjami paczki. Dodatkowo polecenie conary emerge,
przebudowuje żądaną paczkę w naszym środowisku.
Obietnice niestety pozostają niespełnione. Z rollback nigdy
nie miałem potrzeby korzystać. Często natomiast czekałem po kilkanaście
minut aż polecenie conary updateall wyświetli listę pakietów
do aktualizacji. Wiązało się to za każdym razem z pobraniem kilkudziesięciu
megabajtów opisujących repozytorium, po czym bardzo często kończyło
komunikatem o problemach z zależnościami, PRZED podaniem listy nowości.
Powodowało to także niedziałanie PackageKit, który w zamyśle miał dawać
GUI do Conary. Brak też odpowiednika znanego mi
z yum przełącznika --skip-broken, więc aktualizacje
często wymagały przejrzenia
listy pocztowej foresight-commits i żmudnej, ręcznej aktualizacji pakiet
po pakiecie.
Wyszukiwanie dostępnego oprogramowania jest bardzo kulawe. repoquery
działa tylko jeśli znany dokładną nazwę pakietu. Bez tego możliwe jest tylko
grepowanie listy wszystkich pakietów lub wyszukiwanie
przez interfejs WWW repozytoriów.
Znalezienie czegoś to połowa sukcesu, często bowiem pakiety są w bardzo
starych wersjach (bluez 3.x? come on!) lub okrojone
w dziwny sposób. Sterownik Xorg do Matroxów dostarczany jest bez DRI.
Mutt nie ma wkompilowanego header_cache. Moje raporty błędów (również
z łatkami) były jak wysyłane w próżnię.
Dużym problemem jest brak jasnego pochodzenia pakietów. Foresight
budowany jest na bazie rPath Linux, który z kolei wydaje się czerpać
dużo z Fedory. Stąd też odpowiedzi na raporty błędów w stylu ,,ten pakiet nie jest od
nas tylko z rPath''. Pewną schizofreniczność wywołuje
gonienie za nowościami widocznymi przez użytkownika — notify-osd
było w FL instalowanie wcześniej niż w Ubuntu, wydanie nowej wersji tego samego
dnia co oficjalne wydanie GNOME — przy jednoczesnym mocnym
zaniedbaniu siedzącej pod spodem infrastruktury. Mocno raził też brak
SELinuksa.
W dialogu prowadzonym poprzez system śledzenia błędów jest
jeden pozytyw. Gdy uszkodzeniu (sama z siebie) uległa baza zainstalowanych
paczek, jeden z developerów poprosił o conarydb z mojego
komputera, naprawił co sie dało i odesłał mi działający plik. Nb. baza
zainstalowanych pakietów miała u mnie około ćwierć gigabajta. Czy to nie
odrobinę za dużo?
Podsumowując: stare i okrojone oprogramowanie, ciągłe problemy z zależnościami i powolny, pożerający zasoby zarządca pakietów. Z ulgą zainstalowałem na kolejnym komputerze Fedorę.
Małe addendum powykładowe. Slajdy w najbliższym czasie znajdą się
pod adresem
ftp://linux.bydg.org/pub/linux/people/zdzichu/
linux.bydg.org/opisy/opis.inc.php?id=1466742. Skrypciki z wykładu:
dtrace -n 'syscall:::entry { @num[probefunc] = count(); }'
dtrace -n 'syscall::ioctl:entry { @num[execname, pid, probefunc] = count(); }'
dtrace -n 'syscall::ioctl:entry/execname == "gdmgreeter"/ { @num[ustack()] = count(); }'
dtrace -n 'io:::start { printf("%d %s %d", pid, execname, args[0]->b_bcount); }'dtrace -n 'io:::start { @[execname] = quantize(args[0]->b_bcount); }'Kilka odnośników od poczytania:
Najnowsza, czwarta wersja hypervisorów VMWare ESX i ESXi wymaga procesorów
x86 z obsługą 64 bitów. Zmiana w sumie niewielka, pierwsze Opterony pojawiły
się równo 6 lat temu, teraz nie sprzedaje się poważnych CPU 32 bitowych.
Warto natomiast odnotować, że wraz z obsługą starych procesorów usunięto wsparcie
do kart sieciowych Ethernet 100 MBps. Wymagane są jedno- lub 10-gigabitowe,
obsługiwane przez sterowniki bnx3, forcedeth, e1000(e), ixgbe, ioat,
nx_nic lub tg3.
Obsługa systemów gości w trybie 64 bit nie jest automatyczna. Ze strony AMD wymagany jest Opteron revision E lub późniejsze. U Intela należy szukać sprzętowej wirtualizacji VT-x, która w CPU innych niż Xeon nie zawsze jest dostępna.
Na osłodę, w ESX(i) 4 dodano wsparcie kontrolerów SATA. Instalować można na dyskach podłączonych przez Intel ICH9, NVidia MCP55 i ServerWorks HT1000. Nie ma jednak możliwości współdzielenia zasobów VMFS między serwerami.
W przyszłym tygodniu wywiążę się z obietnicy i poprowadzę wykład
na BLUGu. 6 czerwca na ATR
UTP w Bydgoszczy postaram się pokazać, jak fajny jest DTrace. I SystemTap
do kompletu. Wstęp jak zwykle bezpłatny, zapraszam w imieniu swoim i pozostałych
prelegentów.
Parę miesięcy temu podsumowałem jak mi się jeździ na różnym gazie (LPG). Dane miałem ze skrupulatnie wypełnianego arkusza w Google Docs. Niedawno wpadłem na stronę http://www.motostat.pl/, gdzie ta sama idea jest zrealizowana w przyjemniejszy sposób. Są wykresiki! Jest też opcja importu CSV, ale dane trzeba przygotować w jakiś tajny sposób.
Słuchając ostatnio radio zauważyłem różnicę w nazywaniu proponentów i oponentów Uni Europejskiej. O ile zwolennicy zazwyczaj są zwolennikami, to przeciwnicy nazywani są niezmiennie eurosceptykami.
Nigdy nie nazywa się ich wprost przeciwnikami. Nazywanie ich sceptykami sugeruje, że są to osoby (jeszcze) nie przekonane. Tym samym bagatelizuje ich poglądy, nadając im piętno tymczasowych, sugerując, że z czasem porzucą je na rzecz jedynych właściwych. Czyli, że Unia jest The Best.
Jest to drobna manipulacja mająca na celu dyskredytację drugiej opcji. I jak każda manipulacja wywołuje u mnie poczucie niesmaku.
Nowy Star Trek jest naprawdę dobry! Jest troszkę inny niż dotychczasowe. Świat ST wydał się odrobinę bardziej realny. Już od pierwszego teasera, gdzie stoczniowcy spawali NCC-1701. Chyba pierwszy raz widziałem w ST jak kogoś wysysa próżnia po przebiciu kadłuba.
Małym minusem jest wpisanie w odświeżoną wizję aktualnej mody uważania ludzi za głupszych niż są. Postępującą debilizację widać w napisach, ostrzegających że ,,gorąca woda jest gorąca'' czy ,,nie suszyć kota w mikrofalówce''. W ST też się to niestety pojawiło. Na szybach transporterów duże napisy ,,Warning! Cośtam cośtam'', chyba nie wchodzić na parkiet z pokalami.
Poza tym scenografowie spisali się na 5+. Zadanie mieli trudne, bo ,,nowoczesność'' pokazana w ST czterdzieści lat temu dzisiaj jest kanciastym antykiem. Udało im się jednak zachować znane kształty, jednocześnie nadając im powiew nowoczesności. Wnętrza nie są całkowicie sterylne. Mostek wygląda na pachnący wanilią, jednak już inne fragmenty statku to surowe rury, nity i widoczki jak z podziemnego parkingu. I bardzo dobrze! Nie wszystko musi być opakowane w pleksi.
Aktorzy swoje role zagrali przekonująco i z werwą. Nie zabrakło humoru (,,może mamy zaciągnięty ręczny'', ,,łiktor, łiktor''), akcji i wzruszeń. Idealnie wyważona rozrywka. Reboot serii zakończony sukcesem. To wciąż Star Trek, a red shirt miał czerwony skafander. Pan reżyser od ,,Lost'' i ,,Alias'' dał radę.
Reklamy dostępu do internetu przez sieć komórkową wskazują na możliwość testowania przez kilka dni. Można sprawdzić w warunkach bojowych jak z zasięgiem i parametrami transmisji w interesujących nasz obszarach. Jak to wygląda w rzeczywistości?
Jako pierwszy, Plus. Możliwości testu jak najbardziej są. Koszt? Aktywacja ok. 50 zł, następnie za każdy dzień testu 3 zł. Czyli tydzień upewniania się to ponad 70 zł. O koszt modemu nie pytaliśmy. Dziękuję, wezmę ulotkę i się zastanowię.
Obok jest Era. Niestety, zestaw testowy ktoś wypożyczył właśnie. Kiedy będzie? Nie wiadomo. A koszt upewnienia sie przez 7 dni? Jakies 50÷100 zł, obsługującej trudno było sprecyzować.
Może Play zaskoczy ofertą? No zobaczmy. Jest możliwość odstąpienia od umowy w ciągu 7 dni. Koszty, które trzeba ponieść: modem (1 zł) i aktywacja karty (9 zł). Huh.
Do Orange już nie poszliśmy :)
Okres testowy był bardzo pomocny. Dzięki wytężonej pracy deweloperów z łącznością komórkową na freeniksach nie ma problemu od dłuższego czasu. Modem Hujwie e160 zarówno na Ubuntu 9.04 jak i Fedorze 11 działał bez problemu. Jednak nawet świecąc diodką na turkusowo, co oznacza HSDPA, zawiódł oczekiwania. Opóźnienia oscylowały wokół pół sekundy, uniemożliwiając wygodne korzystanie z Internetu:
8 packets transmitted, 7 received, 12% packet loss, time 7000ms
rtt min/avg/max/mdev = 364.350/441.689/506.743/48.119 ms
A do najbliższej stacji bazowej jest niecałe pół kilometra. W innym punkcie trójmiasta, w innych porach dnia sytuacja analogiczna. Sprawdzić z innymi operatorami nie udało się, modem ma najwyraźniej SIM-Lock i nie ,,łapie zasięgu'' z innymi kartami SIM. Odstąpienie od umowy i zwrot urządzenia trwało 10 minut.
Dzisiaj Radio Z Końca Alfabetu w wiadomościach o 10 podało mniej więcej takiego newsa:
21-letni informatyk Christopher Poole został wybrany przez tygodnik Time najbardziej wpływowym człowiekiem 2008 roku. Pool jest założycielem portalu 4chan, odwiedzannego dziennie przez 13 milionów osób.(wyróżnienie moje)
Śmiać mi się chciało z powtarzania przez duże polskie radio takich farmazonów. ,,Time'' nie wybrał, tylko przygotował ankietę. Wyboru dokonał internet, a dokładniej… sam 4chan.
Radiowi newsmenom zabrakło rzutu okiem na stronę w Wikipedii.
A nie trzeba daleko szukać, żeby znaleźć dokładny
opis manipulacji ankiety internetowej. Ale po co się wglębiać w temat,
lepiej powtórzyć, że ,,Time'' ,,wybrał'' i pokierować ludzi na
/b/. Marblecake also
the game…
Im mniej tranzystorów, tym układ scalony tańszy. Im mniej elementów, tym koszt urządzenia niższy. Dlatego nowy sprzęt nie ma kawałka EEPROMU na firmware, tylko jest on ładowany przez sterownik. Dlatego też karty dźwiękowe potrafią coraz mniej, chociaż uzytkownik tego nie zauważa.
Pierwsze kosztem oszczędności padło miksowanie strumieni dźwięku
z róźnych źródeł. Karty dźwiękowe zaczęły obsługiwać tylko pojedynczy
strumień, a łączenie wiele w jeden pozostawiono systemowi operacyjnemu.
ALSA dorobiła się więc wtyczki dmix, a CPU x86
rozszerzeń SSE, które właśnie do miksowania dźwięku idealnie sie nadają.
I do resamplingu, bo zazwyczaj obsługiwana jest tylko jedna częstotliwość
próbkowania (48 kHz) i tylko jeden format próbek (S32LE).
Następnie zniknął regulowany wzmacniacz wyjściowy. Teraz głośność reguluje się w domenie cyfrowej, wyciszając odgrywane dźwięki. Ponownie przydają się instrukcje SSE — do mnożenia próbek. Producenci sprzętu nadrabiają utratę jakości zwiększeniem zakresu przetwarzania do 24 bitów.
Idąc dalej, po co robić układ potrafiący odtwarzać wielokanałowe próbki dźwięku?
Łatwiej i taniej umieścić w scalaku 3 dwukanałowe i programowo łączyć je w 5.1.
Również wyciszenie wbudowanych głośników przy podłączaniu słuchawek przestało
być realizowane sprzętowo. Programiści ALSA musieli napisać obsługę
jack sensing i stworzona musiała być logika przełączająca. Nie
zawsze działa, w systemach śledzenia błędów wciąż pojawiają się zgłoszenia
takie jak
Realtek ALC883 speakers don't mute when headphones plugged in
.
Karty dźwiękowe stają się coraz prymitywniejsze, baza quirków w
/lib/alsa/init/ rozrasta się, a developerzy muszą pisać coraz
więcej kodu zastępującego funkcje wycinane ze sprzętu. Ludzie
oczywiście oburzali się, gdy wyszło to na jaw w Windows Vista. Dwa lata
później mało kto o tym pamięta.
Nie przez IBM. Przez Oracle. Whaaaat?
W Oracle pracuje Chris Mason, dostaje kasę m. in. za pisanie btrfs. Oracle jest teraz właścicielem ZFS, mogłoby zmienić licencję na GPL i połączyć ze swoim systemem plików¹. Zmiana licencji nie podobała by się wielu osobom, ale Sun przed przyjęciem od nich kodu wymagał podpisania cyrografu.
Wizja ciekawa, ale uważam, że tak się nie stanie.
¹ i technicznie niemal niewykonalne
Bardzo denerwująca sytuacja miała miejsce przedwczoraj. Otóż udaliśmy się z Asią do teatru i przywitała nas cisza. Kilka innych osób również starało się dostać na spektakl. Jednak został on odwołany, z powodu ogłoszonej żałoby! W kasie zaproponowano zwrot za bilety lub zmianę na inną sztukę. Chcieliśmy zobaczyć ,,Szefa wszystkich szefów'', ale na najbliższe terminy nie ma już miejsc, w przyszłym miesiącu nie grają, a potem to nie wiadomo.
A tymczasowem, jak słusznie zauważył Piotr, w czasie świąt na drogach zginęło o połowę więcej osób. I żałoby z tego powodu nie ma.
Plan pisania jednej notki na tydzień czasami wymaga ,,wypełniacza''. Zwłaszcza, jak nic sie nie dzieje, a słońce w Portsmouth zachęca bardziej do picia piwa na plaży, niż siedzenia przy komputerze. Krótko więc.
W tym roku, jak jeszcze nigdy dotąd, są premiery kilku filmów, które chcę obejrzeć w kinie. Są produkcje, które po prostu rzucają na kolana oprawą wizualną. A do tego potrzebny jest duży ekran.
Widziałem już Watchmen
i byłem pod wrażeniem. W tym
roku będę jeszcze cieszyć oczy następującymi pozycjami:
Wśród nowości w Fedorze 11 (dzisiaj beta),
w dziale zarządzania
energią ukryto informację o tuned. Jest
to demon (kolejny…) któremu postawiono za cel dopasowanie ustawień
oszczędności energii w Linuksie do bieżącego wykorzystania komputera.
Programik jest centralą zbierającą informacje z wtyczek monitorujących
(intensywność wykorzystania dysków, sieci, kart dźwiękowych, pamięci)
i podejmującą decyzję o wprowadzeniu tuningów.
Zadanie ambitne, w tej chwili jednak większość pomysłów siedzi
jeszcze w głowie dewelopera. Obecnie tuned ma tylko
jedną wtyczkę zmieniającą ustawienia dysku. Monitorujących jest 100%
więcej — ilość danych wymieniona z dyskiem i przez sieć. Jest to
jednocześnie rzadki przykład pakietu oprogramowania open source, w którym
objętosć dokumentacji stanowczo przewyższa objętość kodu programu.
Osobiście widzę tu pewną duplikację możliwości dawanych przez interfejs Power Management Quality of Service jądra Linux. Po szerszy opis odsyłam do slajdów z Embedded Linux Conference 2008. W skrócie: aplikacje informują jądro o wymaganiach dotyczących opóźnień. Na podstawie tych informacji Linux może wybrać najniższy stan zasilania urządzeń, spełniający wymagania programów. Urządzenie wyłączone prądu nie bierze, bateria starcza na dłużej, lasy tropikalne są ocalone, /* ekologiczne pierdu pierdu */.
Zazwyczaj im niższy stopień zasilania, tym wolniejsza reakcja bądź czas ,,wybudzenia'' urządzenia. Przykład ze slajdów: przeglądarka WWW może określić swoje tolerowane opóźnienie na 2 sekundy. W takim wypadku jądro może uśpić interfejs sieciowy i budzić go co dwie sekundy (w uproszczeniu) na krótką chwilę potrzebną do odebrania danych. Komunikator żądając opóźnienia nie większego niż ½ sekundy wymusi czterokrotnie częstsze budzenie interfejsu. Gra sieciowa, potrzebująca zerowych opóźnień, wyłączy mechanizmy oszczędzania energii karty sieciowej.
PM QoS są już obecne w jądrze:
% ls /dev/*latency*
/dev/cpu_dma_latency /dev/network_latency
(i network_throughput do kompletu)
oraz dostępne dla użytkowników przez
interfejs DeviceKit-power.